Kolejny raz w Egipcie, cz. III

Kolejny raz w Egipcie, cz. III

Dzień trzeci - Attaba

W piątek rano budzę się dosyć późno. Biorę szybki prysznic i właśnie się zastanawiam co robić dalej, gdy słyszę pukanie do drzwi. To Robbin z brewiarzem w ręku, prawdopodobnie wracający z porannej modlitwy: „Pukałem do ciebie wcześniej, bo ks. Peter szedł do hinduskich sióstr odprawiać mszę św i pomyślałem, że może chciałabyś pójść z nim, ale chyba spałaś” -  mówi. „Och szkoda, bardzo chciałam z nim pójść” - odpowiadam zmartwiona. Bardzo lubię te siostry, a poza tym Peter odprawia tam po angielsku i chętnie posłuchałabym jego refleksji nad dzisiejszą Ewangelią. No trudno, może pójdę następnym razem, pocieszam się. Nie jestem głodna i nie mam ochoty na śniadanie, a poza tym nie mam pomysłu na dzisiejszy dzień. Msza święta będzie tutaj dopiero wieczorem, do obiadu o 13-tej też jeszcze sporo czasu. Postanawiam napisać do Wilsona: " Co robisz dzisiaj Wilson” - pytam - „...bo ja nie mam pomysłu i mam dużo wolnego czasu”. „ Jadę na Attaba kupić stojak do mojej gitary...Jeśli chcesz możesz jechać ze mną”. Ok. Odpisuję uradowana, zawsze to jakiś pomysł i jakieś nowe doświadczenie w moim poznawaniu Kairu. Zgodnie z umową czekam na Wilsona o godz. 11-tej przed moim domkiem. Attaba jest niedaleko, dwie stacje metrem od nas. Pamiętam to miejsce, tutaj umawiałam się rok temu z Danielem, świeżo ochrzczonym muzułmaninem gdy jechaliśmy razem na zakupy do Chan al- Chalili. Tym razem jednak mamy duży problem z odnalezieniem sklepów ze sprzętem muzycznym. Wilson był tutaj dość dawno i musi kilkakrotnie pytać o drogę. W końcu jesteśmy na miejscu. Stojaki pod gitarę podobne do naszych w Polsce, wyglądają całkiem solidnie i cena tez wydaje się przyzwoita, ale Wilson nie jest do nich przekonany. „O co chodzi Wilson?” - pytam - „Te stojaki są naprawdę w porządku, znam się na tym , w końcu mam syna gitarzystę.” „Wolałbym plastikowe bo będą lżejsze, no i są trochę za drogie” -odpowiada. „Wilson, one są serio dobre, plastikowe będą mniej stabilne, poza tym możemy zawrzeć umowę, mam trochę funtów, zapłacimy po połowie” - dodaję a uśmiechem. Wilson jest zadowolony, ja też, nawet bardzo, zwłaszcza , że jest 12 –ta w południe i żar leje się z nieba, nie mam specjalnej ochoty na szukanie kolejnych sklepów ze stojakową ofertą.

Wracamy do domu w pełni zadowoleni, dochodzi pierwsza i chcemy zdążyć na wspólny lunch. Po drodze Wilson wymienia mi najważniejsze cele jakie sobie postawił i ma zamiar osiągnąć w najbliższym możliwym czasie. „Chcę nauczyć się dobrze lokalnego arabskiego, udoskonalić grę na gitarze, skończyć kurs na prawo jazdy, aby poruszać się tutaj samochodem…” - wymienia prawie jednym tchem - „Wtedy będę mógł prowadzić wiele spotkań z ludźmi po arabsku i naprawdę głosić Ewangelię…”. "Jesteś młody, zdolny, ambitny i pracowity, dasz radę, inshallach" - śmieję się serdecznie. Pamiętam dobrze jego wyniki z egzaminów w szkole arabskiego, nie widziałam żadnego poniżej 90-ciu procent. Zaczynam myśleć o swoich życiowych celach… tyle z nich już za mną, mam chyba teraz jeden cel…chciałabym bardziej przylgnąć do Pana Jezusa i być po prostu lepszym człowiekiem….

Na obiad spóźniam się kilka minut, bo wszyscy już siedzą przy stole gdy wchodzę do jadalni. Wita mnie gromkie, słyszalne już od drzwi "Alinaaa, hellooo" …. Jean Paul właśnie wrócił z wakacji i cieszy się na mój widok, wtóruje mu Peter, który raptem nie widział mnie 1,5 dnia…reszta też wydaje się być bardzo zadowolona. Ich naprawdę nie sposób nie lubić, czy można się dziwić, że czuję się tutaj jak w swoim domu ? Ściskam Jean Paula i pokazuję mu paczki z nasionami trawy, które przywiozłam dla niego z Polski. Jean Paul jest zapalonym ogrodnikiem, jest kompletnie oszalały na punkcie roślin i ogrodu, pielęgnowanie których uważa wręcz za swoją misję. Ma ciągle problem z wyhodowaniem dobrej trawy, bo mimo podlewania trawa szybko usycha, próbował już wielu gatunków i wszystko na nic. Nieraz o tym rozmawialiśmy i wyszukałam dla niego w Polsce nasiona trawy szczególnie odpornej na słońce, chcemy spróbować czy polska trawa poradzi sobie w egipskim klimacie. Po obiedzie idę na zakupy. Mam zamiar upiec jutro bananowe ciasto, które wszyscy bardzo lubią. Chcę zadośćuczynić Isie, który podczas ostatniego mojego pobytu tutaj zjechał niezły kawałek Kairu w poszukiwaniu potrzebnych do ciasta bananów, a ja zamiast smacznego ciasta upiekłam dwa potężnych rozmiarów zakalce. Niestety zabrakło mi czasu, aby się zrehabilitować, bo był to mój ostatni dzień przed powrotem do Polski i mam zamiar zrobić to teraz. Przepis na bananowe ciasto, a raczej „banana bread” przywiozłam z Kenii od sióstr Robbina. Ciasto jest bardzo smaczne, ale zaburzenie proporcji pomiędzy składnikami kończy się często zakalcem czego doświadczyłam niestety ostatnio. W każdym razem jutro spróbuję jeszcze raz i mam nadzieję, że pójdzie mi lepiej. W niewielkim sklepie samoobsługowym niedaleko od naszej stacji metra jest zawsze tłok. Problemem bywa nieznajomość arabskiego, bo niewielu ludzi mówi po angielsku, nawet młodzież miewa problemy z angielskimi liczbami co źle świadczy o poziomie w tutejszych szkołach. Ale i tak uwielbiam robić sama zakupy, zwłaszcza, że ludzie są serdeczni i usiłują pomóc, a ceny w sklepach takich jak ten są stałe i nie grozi mi żadne oszukaństwo co jest normą na każdym bazarze. Kupuję wszystko co mi potrzebne łącznie z dwoma kilogramami bananów i bardzo zadowolona z siebie wracam do domu. W salonie na górze spotykam Petera –„ Kupiłaś to wszystko sama?” - pyta ze zdziwieniem. Peter jest odpowiedzialny we wspólnocie za opiekowanie się gośćmi i dotychczas on kupował wszystko czego potrzebowałam do moich kulinarnych poczynań. "Jasne, że sama, bez problemu” -odpowiadam nie kryjąc dumy. „Teraz zawsze będę robić sama zakupy, to naprawdę fajne doświadczenie” - dodaję.

Wieczorna msza jest dzisiaj po francusku. Zdecydowanie wolę po francusku niż po arabsku, ale i tak wspomagam się tekstami czytań w moim telefonie. Gdy wychodzimy z kościoła jest już ciemno. Oczywiście ciemno nie oznacza w Kairze końca dnia. Robi się chłodniej i życie tutaj dopiero się rozkręca. Lubię to miasto i lubię ten nocny gwar i ruch na ulicach, lubię słuchać nawoływań do modlitwy płynących z licznych meczetów, lubię obserwować roześmianych ludzi wokół…."Jaki ten świat byłby piękny gdyby ludzie umieli żyć na nim jak bracia" – rozmarzam się u schyłku dnia.

Dzień czwarty - Maadi

Niedzielę zaczynam śniadaniem razem z Wilsonem i ks. Amalem. Amal jedzie wkrótce do Heliopolis odprawić niedzielną mszę świętą dla filipińskiej wspólnoty. Lubię tam być i mogłabym mu towarzyszyć, ale Wilson obiecał, że mnie zabierze wieczorem do bardzo odległej i zupełnie nieznanej mi dzielnicy Kairu - Maadi, gdzie będzie miał mszę św po angielsku dla wspólnoty obcokrajowców głównie Hindusów i Sudańczyków i chcę pojechać z nim. Podczas śniadania rozmawiam z Wilsonem o filmie video, który wczoraj wieczorem mi wysłał . „Nie jestem przekonana czy ten ksiądz zrobił dobrze, Wilson, nie wydaje mi się…” zagajam rozmowę.

Film opowiada historię pewnej spowiedzi podczas której bardzo skruszony penitent, starszy już człowiek, chory na śmiertelną chorobę, wyznaje, że wiele lat temu zabił człowieka kierując samochodem i uciekł z miejsca wypadku, pozostawiając zabitego mężczyznę z małym chłopcem. Nigdy za to nie został ukarany, ale wyrzuty sumienia zniszczyły mu całe życie. Podczas spowiedzi okazuje się, że tym osieroconym przez niego chłopcem jest właśnie spowiadający go ksiądz, który musi odbyć walkę z samym sobą, aby móc wypowiedzieć formułę przebaczenia. Na koniec przyznaje się, że to on właśnie jest tamtym małym chłopcem i chcąc pocieszyć płaczącego mężczyznę kłamie mówiąc, że jego tata nie zginął podczas tego wypadku. Zakończenie historii wcale mnie nie przekonuje, „po co on to zrobił ,Wilson „ pytam, „ przecież wystarczyłoby gdyby mu z serca przebaczył, oni obydwaj poczuliby się wtedy lepiej i to byłoby wystarczająco piękne”. Wilson tłumaczy coś niewyraźnie i bez przekonania. W końcu okazuje się, że wysłał mi film, który obejrzał tylko do połowy. „Wilson, nie rób tego więcej, śmiejemy się razem z Amalem, nie wysyłaj czegoś czego nie oglądałeś, bo w końcu wyślesz komuś coś głupiego wcale o tym nie wiedząc”.

W niedzielę zazwyczaj nie ma pań w kuchni , które codziennie gotują dla wszystkich. Zwykle wykorzystuję ten dzień żeby przygotować jakiś polski obiad, ale dzisiaj mam wolne, bo gotują seminarzyści. Czekam więc z niecierpliwością na potrawy z Zambii i Wybrzeża Kości Słoniowej. Będzie też domieszka kuchni hinduskiej, bo Wilson przygotował wczoraj moją ulubioną wieprzowinę w hinduskich przyprawach. Obiad rzeczywiście jest pyszny: ciapati, które uwielbiam, wieprzowina w sosie, kurczak w sosie z warzywami dwa rodzaje warzywnych sałatek i arbuzy na deser. „Wy gotowaliście to ja dzisiaj zmywam” -oświadczam zdecydowanie, ks Amal nie daje jednak za wygraną i bierze się za zmywanie zanim kończymy znosić talerze.” Father, dam radę sama, serio, w domu zmywam więcej i to codziennie”- usiłuję go przekonać, ale Amal, który jest cichym, spokojnym, ale bardzo uczynnym i przemiłym człowiekiem wydaje się nie słyszeć co do niego mówię… Z pomocą przychodzi mi Joshua, który woła Amala do pokoju na górze na spotkanie.

Fajne jest to, że oni się spotykają, omawiają razem wszystkie sprawy, dbają o siebie nawzajem i mają dużo cierpliwości i wyrozumiałości dla pasji współbraci. Duża w tym zasługa Robbina , który jest tutaj proboszczem. Niejedna wspólnota w Polsce mogłaby się od nich wiele nauczyć. Kończę zmywanie gdy Joshua i Rodrig przychodzą mi pomóc: „Skończymy i umyjemy kuchnię” - mówią.

Wieczorem jedziemy z Wilsonem do Maadi. To rzeczywiście daleko, podróż metrem zajmuje nam około 40-tu minut. Gdy opuszczamy metro czeka mnie miła niespodzianka: dookoła jest dość czysto i bardzo zielono. Liczne drzewa, kwitnące krzewy, dorożki na boku ulicy, znacznie mniej samochodów... Jaki to kontrast z naszą Szubrą, aż trudno uwierzyć, że to ten sam Egipt.

Ładny, zadbany kościół i rozśpiewana wspólnota obcokrajowców potęguje radość bycia tutaj. Szkoda tylko, że akustyka i nagłośnienie są niezbyt dobre, bo z trudem rozumiem wypowiadane przez Wilsona słowa. Po mszy świętej zostajemy zaproszeni na kolację do pewnej hinduskiej rodziny mieszkającej od wielu lat w Kairze. Spędzamy z nimi bardzo miły wieczór delektując się hinduskim jedzeniem, na szczęście dla mnie umiarkowanie ostrym i opowiadając sobie różne historie. Z zaskoczeniem i radością dostrzegam w ich mieszkaniu duży obraz Jezusa Miłosiernego. „Czy wiecie jak powstał ten obraz i znacie św Siostrę Faustynę Kowalską?"- nie mogę się powstrzymać od zapytania. Niestety nie znają. Opowiadam więc o Siostrze Faustynie pełna dumy, że to Polka i że namalowany wg jej wizji obraz Pana Jezusa dotarł aż tutaj do mieszkania hinduskiej rodziny w odległym Kairze.

Jest już naprawdę późno gdy wracamy z Wilsonem do domu. To był bardzo, bardzo miły dzień.

 

Kolejny raz w Egipcie, cz. I

Kolejny raz w Egipcie, cz. II