Lekarz ocalałych: dr Nemam Ghafouri z obozu dla uchodźców Bajed Kandala

Lekarz ocalałych: dr Nemam Ghafouri z obozu dla uchodźców Bajed Kandala
Dr Nemam Ghafouri jest lekarzem w obozie uchodźców w Bajed Kandala, w Iraku. W 2014 roku tysiące Jazydów musiało uciekać z Shingalu przed bestialstwem Daesz, tzw. Państwa Islamskiego. Znaleźli schronienie na pustyni, gdzie większość z nich przebywa po dzień dzisiejszy. (przyp. red.)

 

Ola Karmowska: Dzień dobry Nemam, jak się masz?

 

Nemam Ghafouri: Bardzo dobrze! Staram się przetrwać z mrożoną herbatą w dłoniach! (śmiech).

 

 O: Czy jesteś teraz na terenie obozu?

 

N.G: Nie, obecnie nie! Teraz ludzie z obozu wędrują na pobliską górę, wybrałam się z nimi, by odpocząć chwilkę od pracy w obozie. Wczoraj spotkałam tam 50-60 rodzin. Zaczynają wędrować w kierunku pobliskiej góry na przełomie lutego-marca i zostają tam aż do września-października, aż gorące dni przeminą. Proste życie, a przede wszystkim piękno natury, jest dla mnie dużym źródłem energii. 

 

O: Nie chcę trwonić twojego cennego czasu, wiem, że każdy moment poświęcasz na pomoc najbardziej potrzebującym… Pozwól mi jednak zadać kilka pytań. Jakiś czas temu już prezentowaliśmy naszym darczyńcom sytuację Jazydów… teraz jednak chciałabym zapytać cię o twoją pracę z nimi. Jak to się stało, że trafiłaś właśnie tu, do Iraku i stałaś się lekarzem w obozie dla uchodźców? 

 

N.G: Nie przewidziałam tego. Wcześniej pracowałam w Indiach, chciałam rozwinąć się w zakresie kardiochirurgii, w tym samym czasie byłam tam zaangażowana w pomoc charytatywną. W tamtym okresie było wiele przypadków, które mogłam zoperować, ale nawet wtedy, gdy byłam w Indiach, wracałam tutaj, pomagałam syryjskim uchodźcom. Byłam tutaj (w Iraku) także pod koniec lipca 2014 roku na dwutygodniowej misji w obozie Kawegosk, następnie miałam kilka wolnych dni, by pozwiedzać okolice, odwiedzić przyjaciół i rodzinę i wtedy usłyszałam o tym, co tzw. Państwo Islamskie robi w Shingalu. 5-ego sierpnia, z moim szwedzko-brytyjskim przyjacielem, pojechaliśmy na granicę zobaczyć, co tak naprawdę się tam dzieje. To było wykańczające… przebookowałam swój bilet, powiedziałam: „zostanę jeszcze trochę, może 2 tygodnie więcej”… 2 tygodnie zamieniły się w 2 miesiące i tak się tutaj znalazłam. To była naprawdę, naprawdę ogromna tragedia… Nazywam nas (lekarzy) „bandą lekarzy idiotów” – byliśmy tam sami z połową miliona wysiedlonych ludzi dookoła. Byli dosłownie wszędzie. I było tak gorąco jak tego lata. Wiesz, miałam przy sobie wówczas IPada, chciałam zrobić zdjęcia, jednak w ciągu niecałych dwóch minut ekran robił się cały czarny i przestawał działać. Wkładałam go do zamrażarki, żeby go schłodzić. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że potrzebujemy wszystkiego, wody, ale również zastępczego źródła energii, skontaktowaliśmy się ze Szwecją i wysłano nam zapasowe akumulatory i rozdawaliśmy je ludziom wokół. Wówczas panował wielki chaos i dezorganizowana pomoc. Niektóre organizacje wysyłały wówczas pasty do zębów oraz szczoteczki jako rzeczy pierwszej potrzeby (śmiech). Chyba tylko po to, by ludzie mogli zużyć więcej wody, która była tak potrzebna wówczas do picia. Szybko zorientowaliśmy się, że potrzeba czystej wody jest największa. Kobiety rodziły w okropnych warunkach. Zauważyliśmy, że jest potrzeba stworzenia bezpiecznych miejsc dla noworodków. Zaczęliśmy rozprowadzać tradycyjny, kurdyjski produkt: drewniane kołyski dla dzieci, które chroniły je od brudu, itp. Następnie bardzo potrzebny był chleb, było wiele dzieci, które chorowały, bo nie było nawet chleba, zaczęliśmy wówczas budowę piekarni. Niestety, niedługo później rozpoczęła się ogromna migracja na Zachód i środki przeznaczone na pomoc tutaj znacznie się zmniejszyły. Musieliśmy wybrać pomiędzy kliniką, a piekarnią. Oczywiście, wybraliśmy klinikę i z zapasów zasobów, które mieliśmy, we wrześniu 2014 otworzyliśmy ją oficjalnie, otrzymując łącznie 3 przyczepy od dwóch korporacji naftowych. Później, w 2015 roku jedna organizacja charytatywna z USA "LDS Charity" pomogła nam zakupić kabiny, które chroniły nas przed upałem i deszczem… Zapłacili za wszystko. Nasze działania oparte są do tej pory na dotacjach, miesięcznie leczymy około 3500 pacjentów. Tak właśnie zbudowaliśmy klinikę, z pieniędzy darczyńców, pukając od drzwi do drzwi… 

 

O: Czyli obecnie żadne większe organizacje albo rządy nie pomagają Wam w utrzymaniu obozu?

 

N.G: Nie, nie otrzymujemy takiej pomocy. Nazywamy się "Joint Help for Kurdistan". Możemy funkcjonować dzięki małym dotacjom wielu małych organizacji i stowarzyszeń. 

 

Chciałabym przy okazji powiedzieć o jednej rzeczy: jest wiele osób, które pragną przekazywać pieniądze tylko na osierocone dzieci. W tym samym czasie, jest wiele innych rodzin, które są w potrzebie i nie otrzymują w ten sposób żadnych środków. Lecz jeśli, powiedzmy, zorganizujemy to tak: Na przykład w lutym jakaś grupa dzieci dostanie buty, maskotki, ubrania, w kolejnym miesiącu na przykład jest szczególne zapotrzebowanie na lekarstwa, wtedy dotujemy tę część. Dzięki takiemu systemowi możemy zadbać o cały obóz, nie tylko ciągle o jedną grupę dzieci lub innych mieszkańców. Dzięki temu wszyscy możemy przetrwać. Dawanie jednym, a nie dawanie drugim rodzi wiele napięć między ludźmi. Oczywiście, rozprowadzamy rzeczy pomiędzy najbardziej potrzebującymi osobami, współpracując z fundacjami czy organizacjami takimi jak Dom Wschodni, jednocześnie wydając pieniądze na najpotrzebniejsze rzeczy, które mogą utrzymać funkcjonowanie całego obozu. Na przykład, jeśli ktoś powiedziałby mi w tym miesiącu: zróbmy coś specjalnego dla sierot, odpowiedziałabym: przepraszam, ale nie. Dlaczego? Ponieważ w tym miesiącu jest szczególnie wysokie zapotrzebowanie na glukozę i inne lekarstwa, które ratują po prostu życie. Wiele dzieci w wieku od 8-12 lat chodzi na sąsiednie pole sadzić pomidory i ziemniaki i nawet nie wyobrażasz sobie, ile z nich wraca do obozu z palpitacjami serca, biegunką, odwonionych… Musimy także myśleć o tym systematycznie.

 

W obozie niemalże przez cały czas nie ma elektryczności. Jeśli ludzie gotują jedzenie, po pół godzinie w tym upale, pokarm zaczyna się psuć. Dzieci nie są często tego świadome i są głodne, więc jedzą. Następnie mamy wiele przypadków biegunek i musimy stosować również antybiotyki. Czasami więc błagam: proszę, tym razem nie potrzebujemy więcej zabawek, jeśli możecie nas dotować, przeznaczcie pieniądze na lekarstwa!

 

Odpowiadając raz jeszcze na Twoje pytanie, nie, żadna wielka organizacja nigdy nam nie pomogła, ale staramy się robić co możemy razem z ludźmi o wielkich sercach, takimi jak ty i wielu innych dobrych i hojnych ludzi na świecie. 

 

O: Czy możesz powiedzieć, jakie są obecnie największe potrzeby obozu oraz wyzwania? 

 

N.G: Teraz, z całą mocą, lekarstwa. Wszystko przez sytuację pogodową oraz sytuację z  elektrycznością, jaką obecnie mamy. Ludzie nie mogą spać w nocy w takim upale. W ciągu nocy temperatura spada do 36-38 stopni Celsjusza, a elektryczność jest dostępna tylko kilka godzin, do 4 nad ranem. Gdy jej nie ma i wiatraki przestają działać, nikt nie jest w stanie wytrzymać w namiotach w takiej temperaturze. Nie mogą też spać poza namiotami, gdyż o tej porze roku o 4 nad ranem słońce już operuje. 

 

Również ograniczona ilość wody pitnej jest dużym problemem. Jakoś wody nie jest najlepsza, jej ilość również maleje. Rząd nieustannie powtarza to samo: taka jest sytuacja w całym kraju. A ja mówię: tak, owszem, ale to nie znaczy, że ci ludzie mogą spać w takich namiotach, bez żadnego zabezpieczenia przed pogodą. 

 

Wiele osób pragnie powrócić i zobaczyć swoje domy, jednak boją się tego, co zastaną. Boją się, ponieważ terytorium na którym kiedyś mieszkali zawłaszczone jest obecnie przez różne partie polityczne, grupy militarne, rząd Iraku, kurdyjski oraz turecki, a także „gracze” z zewnątrz, jak Iran, Ameryka i ich sprzymierzeńcy oraz Rosja.

 

Jestem pewna, że wiesz, że Turcja zbombardowała teren Shingalu… ale nikt poza częścią osób o tym nie mówi. W zeszłym miesiącu byłam na spotkaniu UN, tematem była migracja, jak pomóc najbardziej potrzebującym, zachować ich godność, itp., a oni rozmawiali o tym, że globalne ocieplenie jest jedną z głównych przyczyn migracji! (śmiech). Powiedziałam: „chyba ktoś tutaj żartuje!”. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej Turcja zbombardowała teren, do którego uciekło 15000 osób szukających schronienia i nikt nie zareagował! Oczywiście, wszyscy o tym wiedzieli. By móc przekroczyć samolotem granice, muszą o tym wiedzieć zarówno Amerykanie, jak i Rosjanie. Jestem przekonana, że wszyscy wiedzieli o tym, że Turcja zamierza zrzucić bomby, ale nikt nie zareagował. 

 

O: Dlaczego myślisz, że migracja na Zachód tak bardzo zmienia zarówno chrześcijan, jak i muzułmanów? Czy sądzisz, że to samo może spotkać Jazydów? Co sądzisz o procesie migracyjnym? 

 

N.G: Nie znam żadnych naukowych opracowań co do migracji Jezydów, ale przypominam sobie kilka pozycji dotyczących Pakistańczyków migrujących do Wielkiej Brytanii, o tym co rodzice sądzą o ich ojczyźnie, a co czują wobec niej ich dzieci. Generalnie, to jak odbiera ojczyznę pierwsze pokolenie migrantów, staje się coraz bardziej „sennym marzeniem”, tym, co wyobrażają sobie o tym państwie z dawnych czasów: zwyczaje, codzienne życie, jedzenie. Wyobrażają sobie coś dalekie od rzeczywistości i jeśli z czasem odwiedzą swoje dzieci lub rodzinę, zastaną coś zupełnie innego i doznają szoku. Nie tylko dlatego, że pozostali niejako mentalnie w przeszłości, ale również poprzez proces postępu w ich starym kraju. Drugie pokolenie może mieć jeszcze jakieś kruche związki z ojczyzną rodziców, jednak z czasem to i tak bleknie. Trzecie pokolenie w najlepszym przypadku zachowuje jedynie jedzenie i rodzaj ubioru, ale i to stanie się z czasem tylko pamiątką na zdjęciu w albumie. Jeśli migracja jest sposobem na zachowanie kultury, to jest to zdecydowanie zła droga. To tylko dopełni „roboty” ISIS, pomoże ją dokończyć. Nie musimy powtarzać lekcji historii, by ponownie się z niej uczyć, kiedy znów będzie za późno. Z drugiej strony zaś, jeśli migracja ma być szybkim sposobem na normalne życie dla ludzi, którzy przeżyli ogromną traumę i przeszli przez piekło oraz by szybko ukoić sumienia, które obciążone są tym najgorszym pogromem w historii najnowszej historii regionu, to zdecydowanie każdy ma prawo na lepsze życie, daleko od niechcianej wojny, z którą musieli się zmierzyć. 

 

O: „Zachód”, zdaje się, obecnie ma dwa sposoby na rozwiązanie problemów na Bliskim Wschodzie oraz zaprowadzenie pokoju: Pierwszy to przyzwolenie na migrację a drugi to dozbrajanie najsłabszych w walce „tam”. Czy uważasz, że te dwie metody są zawodne? Jaka jest, Twoim zdaniem, alternatywna droga do osiągnięcia pokoju? Czy da się zaprowadzić pokój bez broni? 

 

N.G: Zachodni świat powinien zacząć myśleć nad alternatywnymi sposobami na utrzymanie bezrobocia na niskim poziomie, a nie utrzymywania produkcji broni na wysokim poziomie. Od zakończenia Drugiej Wojny Światowej kraje te specjalizują się w produkcji „maszyn do zabijania” i wypełniają nimi swoje magazyny. Oczywiście, muszą to później sprzedać, by produkować nowe, zatem utrzymują stan wojny w innych państwach, z dala od swoich. To, co zobaczyliśmy żyjąc w erze Państwa Islamskiego to fakt, że dystans się zmniejsza i wojna może dosięgnąć każdego domu. To powinno wszystkich obudzić, te państwa nie mogą wspierać i utrzymywać luksusowego życia kosztem cierpienia innych. Wstrzymanie produkcji broni oraz inwestycja w alternatywne sposoby pozyskiwania energii by na pewno pomogło i dzięki temu nie byłoby chciwości i ciągłego pragnienia „czarnego złota”- ropy, ale byłoby to również zainwestowanie w lepsze, zdrowsze życie dla wszystkich, w pokoju i harmonii. 

 

Rozmawiała: Ola Karmowska